Kalendarz na biurku

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby zakupić kalendarz na ścianę ze zdjęciami przedstawiającymi nagie kobiety.

Oczywiście nie mam nic przeciwko kobiecej nagości, jestem zdecydowanie heteroseksualny, jednak wolę ją obserwować na żywo niż na zdjęciach czy filmach erotycznych. Oszczędzam sobie w ten sposób frustracji wynikających z tego, że patrzy się na kobietę, której nigdy nie będzie się miało okazji dotknąć.


Nota bene od dawna nie korzystam z kalendarzy ściennych. Do niczego nie są mi potrzebne, z wiekiem zacząłem też preferować czyste białe ściany - kiedyś uwielbiałem wieszać na nich najróżniejsze plakaty. Mam natomiast kalendarz na biurko, i muszę przyznać, że jest to bardzo pożyteczny wynalazek. Nanoszę na niego wszystkie ważne dla mnie daty - terminy, na które umówiłem się z klientami, daty imprez, w których zamierzam wziąć udział, czy koncerty, które mam zagrać. Zawodowo jestem copywriterem, a hobbystycznie muzykiem. W obu tych dziedzinach odpowiednia organizacja czasu jest absolutnie kluczowa, bez tego ani tu, ani tu niczego bym nie osiągnął.


Kalendarz jest jednak jednym z niewielu przedmiotów, którym pozwalam znajdować się na swoim biurku. Staram się, aby podczas pracy rozpraszało mnie jak najmniej bodźców, a to oznacza jak najmniej przedmiotów w zasięgu ręki. Przeważnie są to: laptop, na którym piszę, kalendarz i szklanka z napojem - w zależności od chwili może to być herbata, kawa lub kakao.
Nie piję podczas pracy napojów zimnych. Sam nie wiem dlaczego i odpuszczę sobie zastanawianie się nad tą kwestią. Zestaw przedmiotów w zasięgu mojego wzroku stał się częścią swoistego rytuału.